Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Teraz jest N cze 16, 2019 12:32 am



  • Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 
    Autor Wiadomość
     Tytuł: Przemyślenia Rytlocka [Sezon 4 Story]
    PostNapisane: Pn kwi 01, 2019 2:15 am 
    Lider
    Lider
    Online

    Posty: 421



    Rangi specjalne
    Sekcje
    Tytuły konkursowe
    Znaczące funkcje fabularne

    Kapitan (PvP) ROLE PLAY PVP
    Obrazek


    "Nie wiem"

    Te słowa uderzają we mnie jak trzy pociski otrzymane w pierś. I to nie takie zwykłe, a te tworzone przez Legion Żelaza, które po zderzeniu się z celem rozbryzgują się na małe kawałeczki.

    Gdzie był nasz plan? Co z kolejnym, świetnym pomysłem?

    Przecież zawsze było jakieś rozwiązanie. Jeśli nie jedno, to inne.

    To miał być nasz zabójczy cios. Cholera, przecież nawet proroctwo było po naszej stronie. I wtedy...

    Aurene umarła. To koniec Smoczej Straży. Tak samo było z Ostrzem Przeznaczenia.

    Tak jak ostatnim razem, wtedy też nie mogłem tego zatrzymać.

    Obrazek

    Aurene, nie żyje. Kralkatorrik, uciekł. Po prostu uciekł. Z powrotem do mgieł, gdzie nie możemy go złapać.

    Całe życie treningu w Krwawym Legionie drążyło mój umysł, każąc mi złapać za rękojeść Sohothin'a i gonić tego cholernego smoka, gdziekolwiek by nie uciekł. By kontynuować. Zniszczyć. Bez wahania, bez strachu.

    Mogłem zrobić więcej. Powinienem zrobić więcej. Lata temu patrzyłem na Glint spadającą z nieba. Dziś patrzyłem na Kralkatorrika mordującego naszą ostatnią nadzieję.

    Caithe też tam była. Domyślam się, że czuje się teraz podobnie do mnie.

    Myślałem, że będzie wściekła.

    Nie była.

    Widziałem łzy, ale brak wściekłości. Gdzie byłą jej złość?

    Gdzie był plan? Jak mieliśmy wygrać?

    Caithe, Komandor, Taimi, Braham - wszyscy opłakują martwego smoka. Bez złości na tego, który uciekł.

    Jak mogli opłakiwać smoka?

    Obrazek

    "Musisz mi ufać, Rytlock'u."

    Jak wiele razy musiałem tego słuchać z ust komandora?

    Nigdy nie było sytuacji, żeby ten plan nie był zwyczajnie głupi. Wychowywanie jednego smoka od urodzenia, by ten zabił innego i spełnił jakieś przepowiedziane przeznaczenie?

    Charry nawet nie wychowują swoich młodych. Jak ktokolwiek mógłby planować, by wychować smoka?

    To był zawsze głupi plan, ale poszedłem na to. Nie z powodów zaufania.

    Nie. To była sprawa lojalności.

    Obrazek

    Charry są lojalne swojej bandzie: ich braciom i siostrom.

    Więzy wykute w bitwie są silniejsze niż jakiekolwiek linie krwi. Ale w fahrarze uczono nas, że nastąpi coś takiego, jak utrata bliskich. Dla większego dobra. Zwycięstwo ponad wszystkim.
    Honor warbandy. Chwała legionom.

    Oczywiście.

    Ostrze Przeznaczenia, Smocza Straż. To były moje warbandy przez ostatnią dekadę. Moja rodzina. Byli mi lojalni.
    I ja próbowałem być im lojalny. Pokładali we mnie swoje nadzieje. Nie zrobiłem wystarczająco wiele.

    Kralkatorrik jest w Mgłach.

    Więc wyśledzimy go i pokonamy. Proste, prawda?

    Obrazek

    Nie, nie do końca.

    Aurene była jedyną drogą, by ocalić Tyrię.

    Miała pokonać Kryształowego Smoka i pochłonąć jego magię. I... nie wiem. To nie tak, że mieliśmy jakieś lepsze opcje. Każdy inny plan oznacza unicestwienie wszelkiego życia.

    Nawet jeśli jakimś cudem zabilibyśmy Kralkatorrika bez jej pomocy, to cała magia, która się w nim znajduje, z Zhaitan'a, Mordremoth'a i Balthazara...

    Wybuch nie byłby zbyt przyjemny.

    Wszyscy moi przyjaciele, moja rodzina - oni wszyscy umrą w tym straconym świecie ponieważ jestem nieudacznikiem.

    Zawsze byłem.

    Obrazek

    “Runtlock! Runtlock! Runtlock!”

    Ten cholerny chór głosów wciąż wypełnia moją głowę. Otwarte dłonie popychają mnie na ziemie. Stopy zakończone ostrymi pazurami kopią mnie, gdy leżę. I gdzieś pomiędzy tym jest mój samotny i cichy głos. Błagający ich, by przestali. Ale nigdy tego nie robią. Dopóki się nie przebudzę.

    Wiedziałem, że kiedyś do nich wrócę. Ja i moi przyjaciele. I zatrzymamy ich.
    A wtedy zranimy ich, tak jak oni ranili nas.
    Zostałem przywódcą mojej warbandy. Trenowałem całymi dniami. Pokonywałem niezliczone ilości wrogów. Mogli mnie przewrócić, ale zawsze się podnosiłem.

    Nigdy o tym nie marzyłem. Dlaczego nigdy nie mogłem o tym marzyć?

    Byłem najsłabszy z miotu. Niezależnie od tego ilu przeciwników bym pokonał, zawsze byłem najsłabszym z miotu. Nie ważne ile smoków bym zabił. Nawet gdybym był Khan-Ur. Zawsze byłbym Runtlockiem.

    Nie zmieniłbym tego. Wszystko co mogłem zrobić, to wstać, kiedy popychali mnie w dół. Ale nawet kiedy wyciszyłem te głosy, to nigdy nie wyrzuciłem ich ze swojej głowy. Albo z moich koszmarów.

    Nie do czasu aż znalazłem Sohothin'a.

    Obrazek

    Zawsze myślałem, że to bardziej robota dla Ash Legionu: infiltrować Płomienny Legion i sabotować ich działania od środka. Normalnie to by oznaczało wysłanie kogoś do Czarnej Cytadeli w celu działania razem. Ale Imperator Ruinbringer nie ufał Ash Legionowi. Wciąż im nie ufa.

    Nie ufa nikomu, serio.

    Wysłał naszą dwójkę, mnie i Crecię. Była jak jeden z tych noży zrobionych z Canthańskiej porcelany. Bez skazy i wystarczająca ostre, by pociąć Cię na małe kawałeczki.

    Cre była idealna do tej roboty, mówił Ruinbringer. Miał na myśli to, że była kobietą. Baelfire nie mógł tego przewidzieć. Nie mógł podejrzewać jej o bycie wojownikiem Legionu Krwi w przebraniu.

    Dostanie się do garnizonu było proste. Może by tak nie było, gdyby nie fakt, że większość mojego czasu unikałem zabijania każdego, kto znalazł się na mojej drodze. A było to naprawdę trudne.

    Crecia była lepsza. Zatrute jedzenie, skradzione plany, pozamieniane zamówienia. Płomienny Legion niczego nie podejrzewał. Wtedy znaleźliśmy trochę informacji.

    Płomienny Legion znalazł coś i miał to przynieść do garnizonu. Coś niesamowitego.

    Znaleźli Sohothin'a.

    Obrazek

    Próbowałem dowiedzieć się więcej. Ale czaić się wokół? Zbierać informacje wywiadowcze? To nie moja bajka.
    Wtedy odkryliśmy, że Płomienny Legion wysłał kilku żołnierzy do Ring of Fire, by poszukać starożytnego reliktu, który kiedyś należał do ludzkiego księcia - Rurika. Miał on być prezentem od ich boga wojny - Balthazar'a.

    Wtedy usłyszeliśmy, że ostrze miało opuścić nasz garnizon, żeby być dostarczonym do Imperatora Baelfire osobiście...

    Cóż, nie mogłem do tego dopuścić.

    Obrazek

    Oczywiście, nie mogłem po prostu go ukraść. Musiałem powiedzieć mojej warbandzie co planuję. Problem polegał na tym, że Cre robiła zbyt dobrą robotę, by to porzucić.

    Kiedy powiedziałem jej co zamierzam zrobić, powiedziała mi, że mi się nie uda i zostanę zabity. I przy okazji ją również narażę na ryzyko złapania.

    Ale byłem młody, nie mogłem pozwolić Baelfire położyć swojej łapy na Sohothinie.

    Byłem młody. My byliśmy młodzi.

    Zrobiłem to, co uważałem za słuszne. Zabiłem strażników pilnujących miecza i wziąłem go dla siebie. Błagałem Crecię, by poszła ze mną. Może rozważała moją propozycję. Może nie. Nigdy się tego nie dowiedziałem, ponieważ zdecydowała się dźgnąć mnie w nogę, by mnie spowolnić i wszcząć alarm. Później powiedziała Ruinbringerowi, że starała się zrobić tak, by wszystko "wyglądało dobrze".

    Nie mogę powiedzieć, że doceniałem to w tamtym czasie, nawet jeśli to zadziałało.

    Czasem o niej myślę. O jej zmarszczkach i ostrych liniach twarzy.
    Blizna na mojej nodze przypomina mi o tym co zrobiłem.
    Ciągle się nad tym zastanawiam.
    Czy Cre była jedną z tych "akceptowalnych strat" o których nauczyciele w Fahrarze nam tyle mówili?

    Ale na koniec dnia, miałem to co chciałem. Miałem Sohothin'a.

    Tylko to się liczyło.

    Obrazek

    Imperator Ruinbringer nie był zadowolony z tego co się stało, ale kradzież sekretnej broni Baelfire'a mu zaimponowała.

    Kiedy wróciłem z moją warbandą, Ruinbringer zdecydował się wysłać nas - ze mną i moim nowym orężem na czele - na pierwszy front w nadchodzącej bitwie.

    Chciał, żeby Płomienny Legion zobaczył swój cenny artefakt w rękach wroga.

    Chciał, by Płomienny Legion bał się ognia.

    I tak właśnie było. Bitwa za bitwą. Sohothin przedzierał się przez linie wroga. Ich strzały, ich ostrza, ich magię. To wszystko mnie powalało, ale zawsze wstawałem.

    Moja legenda rosła. Moja siła rosła. Moja warbanda rosła.

    Ale to nie było dla mnie ważne. Miałem Sohothin'a i byłem niezatrzymany.

    Wygrywałem bitwę za bitwą. Rytlock Brimstone był największym postrachem na polu bitwy.

    Moi przełożeni próbowali mi rozkazywać, ale z Sohothinem? Nikt nie mógł mnie kontrolować.

    Moim przełożonym się to nie podobało.

    Obrazek

    "Powinienem cię zabić, wiesz o tym?"

    Pamiętam sposób w jaki lśniły oczy Ruinbringera, a jego zęby błyskały w tej słabo oświetlonej komnacie. W Krwawej Cytadeli. Twierdził, że nie wypełniam rozkazów.

    Powiedziałem mu, że mam swoje własne opinie na temat powierzonych mi nakazów.

    "Na polu bitwy?" Zadrwił. "To bardzo złe miejsce na przemyślenia"

    Następne wypowiedziane przeze mnie słowa były błędem. "Tylko kiedy przegram" Powiedziałem. "Muszę najpierw zawalczyć w przegranej bitwie"

    Ruinbringer wstał z tronu. Starałem się stać wyższy, dostojniejszy.

    "Więc na co czekamy"

    Zacisnąłem zęby. Wiedziałem co stanie się za chwilę. A przynajmniej myślałem, że wiem.

    Obrazek

    "Nie zostaniesz gladium", powiedzał Ruinbringer. "Jesteś awansowany"

    Byłem zdezorientowany, ale powiedziałem mu, że jestem zaszczycony. To też był błąd.

    Ruinbringer pokazał mi ciężki pergamin zapieczętowany woskiem.
    "Pojedziesz na wycieczkę po legionach", kontynuował "Może Twoja postawa zapewni im te same zwycięstwa, które nam przyniosłeś".

    Inne legiony? Nie walczą jak Krwawy. Żelazny chowa się za swoimi maszynami. Ash czai się w cieniu.
    Ale nie było z nim rozmowy. Ruinbringera bardziej cieszyła myśl o tym, że jestem nieszczęśliwy, niż to, że lubił wygrywać.

    Wszystkie moje zwycięstwa, cała krew, którą przelałem za dobre imię mojego legionu. W tym momencie to wszystko przestało mieć znaczenie.

    Nigdy nie przypuszczałem, że znów poczuję się tak bezsilny.

    Obrazek

    Byłem tam. Na Kryształowej Pustyni. Piasek był szklany. Popatrzyłem w prawo, a tam znajdowały się szczątki Glint. Popatrzyłem w lewo i zobaczyłem jej sanktuarium. A na przeciw mnie leżał Snaff.

    A raczej to, co z niego zostało.

    Nie mogłem zrobić nic więcej, by uratować tego małego asurę.

    Tak wielka moc Sohothina, a jednocześnie zbyt mała, żeby ocalić to jedno istnienie.
    Leżące przede mną rozdarte ciało Snaffa nie pozwalało mi przestać o tym myśleć.

    Ale się nie nauczyłem. Nigdy się nie nauczyłem. Musiałbym popełniać więcej błędów. Więcej ludzi musiało umrzeć.

    Musiałbym spotkać boga wojny i ognia, zanim ta lekcja dotarłaby do mojej grubej czaszki.

    Obrazek

    "Czy to Twój miecz?"

    Głos nieznajomego niósł się gdzieś daleko we Mgłach. Gdzieś w głębi. Był bardzo silny.

    Moje oczy padły na ostrze wbite głęboko w kamień. Mój cel wreszcie znalazł się w zasięgu mojego wzroku.
    Jak wiele czasu minęło? Czas płynie bardzo dziwnie we Mgłach.

    "Tylko pytam" Powiedział nieznajomy. "Ponieważ to wygląda, jakby Sohothin stracił swoją iskrę".

    Zatrzymałem się. A może to moje serce przestało bić.

    "Skąd znasz jego imię?"

    Obrazek

    Nieznajomy się uśmiechnął.

    "Kto nie wie o Sohothinie?" Zapytał. "Legendarne ostrze ognia i wojny, zdobyte przez charra"

    Cóż, wygląda na to, że trudno ukryć pewne rzeczy.

    Zaproponował, że go ponownie rozpali.

    To był moment, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że mogłem mieć Sohothin'a z powrotem.
    Mogłem podróżować przez Mgły obserwując powtarzające się starożytne bitwy. Ale pojawiła się szansa, żebym zdobył ponownie światło. Moje światło.

    Nie pytałem go kim jest oraz dlaczego był spętany. Po prostu chciałem moje życie z powrotem.

    "Możesz go ponownie zapalić?"

    Obrazek

    Nieznajomy podniósł rękę, a ogień w głębi Sohothina zaiskrzył. Przebijając się przez mrok Mgieł.

    Powinienem dostrzec jak łatwo jego mięśnie ignorowały ciężar łańcuchów okalających jego nadgarstki. Powinienem zauważyć migotanie płomieni w jego oczach.

    Ale jak wiele tak naprawdę widziałem? Jak dużo chciałem widzieć?

    W powietrze unosły się iskry i popioły, kiedy wyjąłem ostrze z kamienia. Jego ciepło było podobne, do tego, które znałem. Byłem zadowolony. Z Sohothinem wszystko zawsze zdawało się być łatwiejsze.

    "To ostrze jest cudowne" powiedział nieznajomy. "Widzę jak na nie patrzysz. Doceniasz jego wyjątkowość"

    Powiedziałem mu, że jest dobry w swojej pracy.
    Obcy nie miał odpowiedzi, z wyjątkiem podniesienia obu rąk i rozciągnięcia łańcuchów.

    I wtedy go uwolniłem.

    Obrazek

    To była moja wina. Wszystko co stało się później - wszystko przez to, że chciałem ten cholerny miecz z powrotem.

    Powiedziałem sobie, że to po to aby ocalić Askalon z jego klątwy, ale ta wymówka nie trwała długo.
    Chciałem Sohothina ponieważ należał do mnie.
    Ponieważ zdobyłem go. Lub przynajmniej zapracowałem na niego.

    Kiedy nieznajomy, a w zasadzie Baltazar widział jak patrzę na moje ostrze, czy mógł zobaczyć to, co ja o sobie myślę bez niego?

    Po tym jak go uwolniłem, wyruszył do Elony. Zabił Vlasta. Zamordował komandora. Prawie zniszczył świat.

    Wszystko dlatego, że chciałem ten miecz z powrotem.

    Obrazek

    To była moja wina.

    I teraz jestem bezsilny, tak samo jak byłem wtedy. Nie mogłem powstrzymać Logana od odejścia.
    Nie mogłem ocalić Snaffa.
    Nie mogłem ocalić Destiny’s Edge, Vlasta... a nawet Aurene.

    Zabrać Sohothina i co pozostaje? Kim jest Rytlock Brimstone bez swojego legendarnego płomiennego miecza?
    Czy byłbym wtedy tribunem? Czy byłbym rozpoznawalny?

    Czy gdybym umarł i ktoś inny znalazłby miecz, byłby lepszy ode mnie?

    Rozejrzałem się po ruinach Thunderhead Keep. Na komandora. Caithe. Taimi. Brahama.
    Moich sojuszników. Przyjaciół. Rodzinę.

    Ale było coś więcej. Myśl, skulona głęboko w mojej głowie.

    Młode, których nie widuję.

    Obrazek

    Wysłałem je do fahraru lata temu.

    Nie powinienem mieszać się w ich dorastanie, ale to zawsze było... dziwne.
    Moi rodzice zostawili mnie samemu sobie.
    Jedyną drogą do przetrwania w fahrarze jest walka o swoje.

    Tak czy owak. Doglądam ich co jakiś czas. Żeby zobaczyć jak sobie radzą i czy trzymają się z dala od kłopotów.
    I czy nikt nie robi im krzywdy.

    Nie zobaczę ich nigdy więcej. Będą patrzeć w niebo jak Mgły znikają i wszystko się kończy.
    Niektórzy zginą jeszcze przed opuszczeniem fahraru. Nim poznają czym jest własna warbadna.

    Rodzina.

    W tym momencie do moich oczu napłynęły łzy. Wreszcie.
    Zdałem sobie sprawę dlaczego Caithe płakała. Czemu komandor płakał.
    Dla nich Aurene nie była tylko smokiem.

    Była ich córką.

    Obrazek

    Stałem na Kryształowej Pustyni i zobaczyłem jak bezsilny byłem. Nawet z Sohothinem, wszystko straciło sens, Kralkatorrik uciekł. Moi przyjaciele zginęli, albo opuścili mnie.

    Moi przełożeni nazywają to akceptowalnymi stratami.

    Moje całe życie mówiono mi, że warbanda jest moją rodziną. A Legiony czymś najważniejszym. Wszystko co robiłem, każde zwycięstwo, było dedykowane im. Wszystko, co musiałem poświęcić, było do przyjęcia.

    Ale tak nie powinno być. Nie kiedy tracę ludzi, na których mi zależy. Moich towarzyszy. Moich przyjaciół.

    Moje młode.

    Obrazek

    Nigdy bym do tego nie dopuścił. Chrzanić Legiony.

    Ledwo znam moje młode, ale jeśli Kralkatorrik zagrozi któremukolwiek z nich, bez wahania poświęciłbym mój cholerny miecz.

    Zginąłbym za nie.

    Tak, myślę, że teraz już rozumiem.

    Obrazek

    “Rytlock?” Logan. Jego głos wstrząsa mną z powrotem do teraźniejszości.

    Przykucnąłem na kawałku kamienia, z dala od innych. Chowając się w cieniu. Myślałem, że będzie trudno mnie namierzyć, jednak wychodzi na to, że byłem w błędzie.

    "Po prostu myślę"

    "Pewnie" Zauważyłem, że Logan dostrzegł coś w kąciku mojego oka.

    "Zostawiłeś to nieopodal Aurene"

    To Sohothin. Nie pamiętałem, bym go gdzieś zostawił. Zastanawiałem się nad tym co odpowiedzieć, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Położył miecz naprzeciw mnie i obrócił się, by odejść.

    "Logan. Ja..."

    Obrazek

    Logan się zatrzymał. "Tak?"

    Czekał cierpliwie na moją odpowiedź.

    "Nie potrzebuję tego"

    Nastąpiła dłuższa chwila, podczas której nikt nic nie mówił.

    "Chodźmy", powiedział. "Sprawdźmy pozostałych. Potrzebują nas"

    Jakby nie patrzeć, jak mogłem się z tym nie zgodzić?

    Ruszyłem, ale Logan położył dłoń na moim ramieniu i powiedział "Rytlock. Twój miecz"

    To coś więcej niż miecz. Wiem to bardzo dobrze. Dawno temu zdecydowałem, że Sohothin był ważniejszy od Cre, którą zostawiłem. Był ważniejszy od mojej rodziny.

    Zabiłbym każdą cholerną rzecz na tym świecie,
    żeby opanować wszystkie cztery Legiony jako następny Khan-Ur.
    I nigdy nie byłbym zadowolony. Nigdy nie byłoby to tego warte.

    Nie naprawiłbym świata. Nie naprawiłbym nawet siebie.

    Więc nie zatrzymałem się na słowa Logana i ruszyłem dalej. "Nie potrzebuję tego" Odpowiedziałem ponownie.
    "To tylko miecz. Będzie tutaj, kiedy po niego wrócę"

    Logan popatrzył podejrzane. "Jesteś pewien?"

    Nawet z Sohothinem nie będę tak silny, jak muszę być.

    Ale nie jestem bezsilny. Nie kiedy mam ich wokół siebie. Moją warbandę. Moją rodzinę.

    Nie kiedy mogę dla nich walczyć.

    "Tak. Wszystko będzie w porządku"
    Góra
      Zobacz profil  
     
    Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
    Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 

    Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


    Kto przegląda forum

    Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


    Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
    Nie możesz odpowiadać w wątkach
    Nie możesz edytować swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów

    Szukaj:
    Skocz do: